Od dziecka byłam pulchnym dzieckiem i do tej pory borykam się z otyłością. W dzieciństwie, każdy w mojej rodzinie drwił z mojej wagi: „ruszasz się jak słoń w składzie porcelany" – tata; „gdybyś trochę chociaż schudła" - siostra, „wolałabym żebyś miała anoreksję, grubasie" – mama; „jakaś ty gruba" - babcia. Ten brak wsparcia bliskich był najgorszy. Zawsze byłam tą gorszą, grubszą i nie najmądrzejszą w rodzinie. I te pytania od znajomych i to sakramentalne: "nie obraź się, ale dlaczego jesteś taka gruba, dlaczego tyle jesz?". Zawsze miałam się nie obrażać.
W podstawówce miałam swoich katów – z mojej klasy i klasy o rok wyżej. Codziennie wyzywali mnie od „grubych, świń, spaślaków, grubasów wstrętnych, wielorybów". Wylałam morze łez... Co dziwne, nie byłam wtedy otyła, miałam nadwagę. Kiedy miałam pojechać na kolonie, to trzeba było zrobić badania. Do gabinetu wchodziłyśmy po 6 osób i stawałyśmy w samych majtkach. Doktor zapytał kiedy zrzucę ten tłuszcz?
Mama raz zabrała mnie do dietetyka. To był ten pierwszy i ostatni raz. Pamiętam „Wielką Pani Doktor" z tych charakterystycznym uśmieszkiem i mamę, przed którą musiałam się rozebrać...
W liceum ludzie mnie tak nienawidzili, że wbijali szpilki w moje zdjęcie, na tablicy. Na dodatek źle się uczyłam. Wyzwiska trochę ewoluowały i słychać było te śmiechy za moimi plecami.
Na studiach - przechodzili pod uczelnią jacyś chłopcy i usłyszałam wtedy od nich "GRU-BA-SIE!!!" .
Kiedy załamało się pode mną krzesło, stwierdziłam: dość. Zaczęłam jeść wielką michę sałatki z ryżu, marchewki, ogórków i pomidorów. Raz dziennie, między 17.30-18. Po 18 nic. I waga zaczęła spadać, Schudłam z rozmiaru 50 do 38.
Znalazłam chłopaka i zaczęłam powrót do wagi. Dobiłam do 100 kg. Wtedy, z chłopakiem przeszliśmy na dietę Dukana. Mama jeszcze sprezentowała mi dwie książki Pierre'a Dukana z komentarzem - a jakże! – „Nie obraź się". Czułam się źle, ale chudłam.
Potem znowu zaczęłam przybierać na wadze. Zaszłam w ciążę i bardzo pilnowałam się, aby przyrost wagi był związany tylko z dzidziusiem. Pani ginekolog nakazała: „Tylko nie jeść za dwoje!". U innego ginekologa usłyszałam: "A co pani taka gruba?". Naiwnie miałam nadzieję, że dorośli ludzie są na tyle taktowni, żeby nie komentować takich rzeczy. Nie chcę drugiego dziecka, aby nie przechodzić znowu przez to.
Wbrew książkowym mądrościom, podczas karmienia piersią nie schudłam, ale przybrałam na wadze. Ostatniego lata poprosiłam męża, aby sam zajął się dzieckiem, żebym mogła wychodzić na marszobiegi, które lubiłam. Potem mąż zaczął marudzić, że zbyt często wychodzę (3-4 razy w tygodniu), żebym lepiej chodziła do siłowni. Różnica była taka. Podczas marszobiegu, nawet kiedy ludzie się gapili i komentowali: „O, wieloryb idzie, jak ona w ogóle może uprawiać sport?", to mogłam udawać, że nie ćwiczę, tylko gdzieś się śpieszę. A na siłowni nie mogłam znieść drwiących spojrzeń. Jest tak, że ludzie chichoczą i jeszcze patrzą się na mnie, aby mi dać do zrozumienia, że to ze mnie. Więc przestałam chodzić na siłownię...
Mąż kupił sprzęt do treningu, żebym nie musiała wychodzić z domu. Trenuję z różnymi grami. Bardzo mi się podoba, chociaż ostatnio brakuje mi motywacji, bo są ćwiczenia, których nie potrafię zrobić tyle powtórzeń ile jest przykazane. Ale przynajmniej nikt się ze mnie nie śmieje. Ale waga ani drgnie, mimo ograniczeń.

Anna, 32 lata, Szczecin