W maju 2013r. postanowiłam odwiedzić lekarza w jednej z wałbrzyskich przychodni zdrowia. Przyczyną wizyty były nocne skurcze łydki, obrzęki kostek u nóg i powiek dolnych oraz prawdopodobnie uszkodzone kolano.
Pani „doktor", która mnie przyjęła była bardzo niemiła i zaczęła wytykać mi moją otyłość. Odpowiedziałam jej, iż wiem, że jestem otyła i byłam bardzo długo pod opieką dietetyka, a przyszłam do niej, bo potrzebuję realnej pomocy, a nie kolejnych dietek na karteczkach A4. Powiedziałam jej, że moja dieta trwa już 2,5 roku i obawiam się, że te objawy, z którymi przyszłam mogą mieć jakiś związek z dietą i chcę sprawdzić czy mój organizm funkcjonuje dobrze czy coś jest nie tak. Pani „doktor" nadal uporczywie próbowała mi mówić, że jestem otyła. Odpowiedziałam, że nie potrzebuję terapii szokowej tylko pomocy. A ona mi na to odpowiedziała, że nie schudnie za mnie.
Pani „doktor" zapytała mnie o przebyte choroby, nie zapoznała się z moją kartą choroby, nie zmierzyła ani ciśnienia ani tętna, nie zapytała czy moja otyłość jest dziedziczna czy nie, nie zapytała czy ćwiczę, jaki tryb życia prowadzę, a opiekę nad dzieckiem nazwała – cytuję: „Umówmy się, że opieka nad dzieckiem to nie jest praca".
Powód mojej wizyty zszedł na dalszy plan, a omawiana była otyłość. To co mnie najbardziej w tym potoku słów uraziło to sugestia, że ludzi otyłych należałoby zamknąć w Oświęcimiu. Cytuję słowa lekarza: „A myśli Pani, że grubasy były w Oświęcimiu?". To jest niedopuszczalne aby z ust tak wykształconej osoby padały takie słowa. Na resztę spuszczę zasłonę milczenia...
Złożyłam skargę na Panią „doktor" do dyrektora przychodni. Jego odpowiedź była taka, że Pani „doktor" nie potwierdza mojej relacji z wizyty i nie ma podstaw do ukarania jej. Nie nagrałam rozmowy ponieważ nie sądziłam że tak może wyglądać ta wizyta u "lekarza".

Violetta, 37 lat, Wałbrzych