Moja historia sięga 38 lat wstecz, czyli do momentu, gdy byłam niemowlęciem. Pierwsze dziecko rodziców, pierwsza wnuczka z obu stron, pierwsza prawnuczka. Byłam rozpieszczana i dokarmiana na miliony sposobów. Prababcia i babcie to były kobiety z pokoleń wojennych. Na pewno nie robiły tego mi na złość, czy ze złych pobudek, ale wszystkim zależało, żebym nie była wychudzona. Pulchne dziecko to zdrowe dziecko. Byłam więc niemowlaczkiem rodem z reklamy opon Michelin. Potem pulchniutkim przedszkolaczkiem, jakże słodkim. Potem pulchną dziewczynką, która poszła do szkoły. Właśnie wtedy dziewczynka wychowana w poczuciu swojej idealności, zderzyła się z twardą rzeczywistością.

Zaczęło się niewinnie: "kuleczka", "kulka", "kaczucha". Potem było mniej ciekawie: "świnia", "prosię", "pulpet", "grubas", "maciora", "pokraka". Hektolitry łez i pocieszanie mamy i babć - nie przejmuj się, odpowiedz "ty śledziu", przejdzie im, wyrośniesz. I druga metoda pocieszenia - zjedz ciasteczko, cukiereczka, placuszka. Słowa nie przynosiły ulgi, jedzenie wręcz przeciwnie. Rosłam. Trochę w górę, dużo wszerz. Rosła też moja świadomość. Po każdym pocieszeniu, wiedziałam, że robię źle, miałam wyrzuty sumienia, nienawidziłam siebie, czułam się koszmarnie źle, więc żeby się poczuć lepiej, sięgałam po kolejną porcję jedzenia. Było mi wszystko jedno czy słodkie, czy słone. Ważne było, że jem.

Jakimś cudem przeżyłam podstawówkę i poszłam do liceum. Pochodziłam tam raptem z miesiąc, gdy któregoś dnia schodząc w szkole do szatni, zostałam przez kogoś popchnięta i zjechałam po schodach. Obiłam sobie wtedy kolano. Spuchło, bolało. O przebojach i kompetencji odwiedzanych lekarzy nie będę opowiadać, bo to historia na oddzielną książkę. W skrócie: był gips, punkcja stawu, kolejny gips, tygodnie leżenia w bezruchu, potem rehabilitacja. Pół roku usunięte z życia. Tylko cudem nie zawaliłam roku szkolnego i udało mi się pozaliczać wszystkie przedmioty.

Ale kolano raz działało, raz nie. Wiele wizyt u przeróżnych lekarzy w Polsce i każdy mówił to samo: kolano 60-ciolatki, musisz schudnąć, bo grozi Ci wózek inwalidzki. Zaczęła się przygoda z dietami. Wieloma, wieloma dietami, głodówkami, shakami. Po drodze okazało się, że w kolana wdała się martwica chrząstek, które odpadają kawałkami i latają sobie po stawie. Jedna operacja, druga, trzecia. I cenne rady lekarzy - schudnąć!

Skończyłam liceum, poszłam na studia, wyszłam za mąż, urodziłam córkę. Ciąża zrobiła swoje i na liczniku pokazała się niezbyt ciekawa liczba 116 kg. Po wykarmieniu dziecka, trafiłam pod opiekę "kliniki bariatrii" i zaczęła się nowa przygoda: dieta + suplementy. Po pierwszych sukcesach nastąpiła długa przerwa. Jeść mi się chciało niemiłosiernie. Lekarka włączyła magiczne tabletki na pochodnej amfetaminy. Nazwy nie będę podawać, bo uważam te specyfiki za najgorsze szambo. Brałam i chodziłam jak "króliczek Duracella". Bez jedzenia, bez spania, tylko pić mi się chciało. Dwie doby bez snu, to był „pikuś”. Waga spadła ponad 30 kg. Byłam przeszczęśliwa, ale z braku funduszy i czasu przestałam jeździć do "kliniki". Przestałam również brać cudowne tableteczki, bo mój mąż powiedział "DOŚĆ". Widział, co one ze mną robiły. To był głos rozsądku, który zabrzmiał w odpowiednim momencie.

Niestety, wraz z odstawieniem tableteczek waga zaczęła rosnąć. Do tego przypętała się do mnie astma. Sterydy wziewne, sterydy w tabletkach, a czasem również w zastrzykach. I puchłam, puchłam, puchłam. Cudem, po roku starań udało mi się zajść w ciążę, która przez otyłość nie przebiegała zbyt cudownie. Gestoza, stan przedrzucawkowy, w efekcie przedwczesna cesarka. Mimo, że w ciąży przybrałam tylko 8 kg, po niej nie udało mi się zgubić nawet 1 kg.

Siedziałam w domu przez 3 lata i jadłam. Doszłam do wagi 130 kg. Poszłam do lekarza, który znowu poczęstował mnie amfo-tableteczkami – „Nowej generacji, bezpieczne, tylko ciśnienie obserwować.” Po tygodniu schudłam 5 kg, ale o mały włos bym nie zeszła z tego świata. Skoki ciśnienia były ogromne i wyniszczały moje i tak przemęczone wagą serce. Wyrzuciłam tabletki do kosza.

W między czasie trafił mi się rozwód. Było to ogromnie traumatyczne przeżycie. Ziściły się moje najgorsze, najstraszniejsze koszmary. Stres, smutek, rozpacz - po raz pierwszy spowodowały niechęć do jedzenia. Poszłam na terapię. Schudłam do 107 kg. W lutym 2013 r. bezskuteczna walka z infekcją, zakończyła się dwutygodniowym pobytem w szpitalu z ostrym obustronnym zapaleniem płuc. Taka choroba dla astmatyka to na prawdę ciężka przeprawa. Znowu brałam sterydy.

Leżałam wtedy na sali z dziewczyną kilka lat starszą, również z nadwagą. Bardzo mało jadła. Po kilku dniach zdradziła mi w tajemnicy, że miesiąc wcześniej miała zabieg na żołądek (plikacja), który zmniejszył jego pojemność. Dała mi adres do lekarzy w Łodzi wykonujących takie operacje. Zapisałam, ale nawet o tym dłużej nie pomyślałam.

Po szpitalu jeszcze długo brałam sterydy. Kilo, dwa, pięć, dziesięć. Chodziłam na terapię, analizowałam swój jadłospis i tyłam. Przecież ja prawie nie jem, mówiłam. Kanapka na śniadanie, potem na drugie, obiad, kolacja. Objętościowo normalne. A waga rosła. Pomału, ale ciągle. Średnio pół kilo na miesiąc. Coraz częściej wracałam myślą do operacji. Kiedyś spotkałam tą znajomą ze szpitala, mniejszą o ponad 20 kg. Pomyślałam "też tak chcę!".

Zadzwoniłam do lekarza i umówiłam się na wizytę. Pojechałam z nastawieniem, że chcę mieć to samo co znajoma. Wizyta była raczej krótka. Lekarz poinformował mnie, że tego typu operacji już nie robią, bo się "nie sprawdzała". Dał mi karteczkę z 3 rodzajami operacji i kazał poczytać o nich w necie oraz wrócić, jak się na coś zdecyduję. Chciał, nie chciał musiałam poczytać. Drogi od tego momentu również nie będę przytaczać. Tamto życie zakończyłam 27 kwietnia 2015 r. i rozpoczęłam nowe. Dziś ważę 67 kg. Noszę rozmiar 40. W końcu w lustrze widzę osobę, którą zawsze się czułam :) Jest mi ze sobą po prostu dobrze.

Staram się pokazać tę drogę każdej otyłej osobie, którą spotykam. Pokazać, ale nie nakazać. To nie jest łatwa droga. Są na niej dołki i górki, a czasem nawet kamienie. Trzeba być świadomym wielu rzeczy i świadomi podjąć decyzję o swojej przyszłości.

Agnieszka Kwapisz, 38 lat, Częstochowa

Agnieszka Kwapisz I before male Agnieszka Kwapisz after male