Zawsze, odkąd pamiętam, u mnie w rodzinie zwracano uwagę na to, aby nie jeść dużo. I nic dziwnego, bo rodzice odkąd pamiętam mieli nadwagę, a kuzynkom (jakoś chłopcy nigdy nie rodzili się w mojej rodzinie) też ciała nie brakowało. Tylko ja byłem jakiś taki „od sąsiada” – długi, chudy i straszny niejadek. W wieku 11 lat miałem dwa skierowania lekarskie – jedno do sanatorium na skoliozę, drugie do szpitala na podreperowanie wagi. Rodzice cieszyli się, że mam taki mały żołądek, co jeść nie woła i przynajmniej nigdy nie będę gruby. Prosty kręgosłup był ważniejszy, od ćwiczeń poprawił mi się apetyt, urosły mięśnie, ale w wieku lat 14 ważyłem wciąż tylko 32 kilo!

Do wojska wzięli mnie z paragrafem na niedowagę. Mogłem unikać niektórych zajęć, biegałem mniej od innych, jadłem tyle samo, ale w odróżnieniu od innych kolegów raczej i tak zaciskałem pasa, do którego musiałem dorabiać dziurki. Po wojsku przestałem prawie wcale jeść i mimo to zapisałem się na siłownię, choć na tle innych miałem tam bicepsy „jak bocian pięty”. W końcu rzuciłem to w cholerę. I to był straszny błąd. Akurat metabolizm spowolnił, geny dały o sobie znać i w dwójnasób nadwyżki energii zaczęły odkładać się po całym ciele. Do momentu kiedy waga nie przekraczała współczynnika wzrost – minus 100 kg, generalnie znajomi mnie chwalili, ale wagę prawidłową miałem bodaj tylko kwartał, tyjąc nieprzerwanie i zatrzymując się na 93 kilogramach przy wzroście 178 cm. To była już otyłość I stopnia! Kiedy udało się w ciągu jednego roku zrzucić 8 kilo w następnym przytyłem z nawiązką dobijając do 104 kg. Akurat hitem był wtedy portal „Nasza klasa”, wrzuciłem jedno ze swoich zdjęć, a wkrótce przeczytałem komentarz koleżanki, której nie widziałem ponad 10 lat od 8. klasy. „Kiedyś byłeś najchudszym chłopcem w klasie, a teraz… nigdy bym Ciebie nawet nie poznała”. Niestety to była prawda, a druga część zdania chyba była tylko taktownym zastąpieniem faktycznych myśli o moim spasłym brzucholu…

Pewnej jesieni zacząłem znów gwałtownie chudnąć, ale mój entuzjazm szybko ostudziły inne objawy. Gorączka, potwornie piekące i puchnące najpierw stopy, a potem nogi aż do kolan, wreszcie leki i zastrzyki na - jak się okazało – reumatoidalne zapalanie stawów, potem na zbicie trwającej 3 miesiące gorączki, i na koniec wizyta w szpitalu, aby wyciąć przyczynę wszelkiego zła – zainfekowane migdały. Na przyjęciu ważenie a tam „tylko” 93 kilo! Ale fajnie! „Wreszcie jakiś porządny chłop” - zawołała pielęgniarka, a był to oddział laryngologiczny, sami nałogowi palacze, z powycinanymi krtaniami – chłopy niczym nogawice. Odpowiadam jej, że przez chorobę samo spadło – było o 10 więcej. A pani doktor od razu huzia na mnie: „samo spadło to i samo wróci” – żebym przypadkiem się nie cieszył. Bo i fakt to nie było zdrowe schudnięcie tylko chwilowe wyniszczenie organizmu.

Niestety po zabiegu, po wszystkich lekach i stresach, tak rozregulowało mi hormony tarczycy, że po roku miałem już 114 kilo. Tyle, że słaby byłem, jednej pompki nie umiałem porządnej zrobić. Wróciłem na siłownię. Byłem sprawniejszy, brzuch opadł, choć waga cały czas krążyła wokół 115 kilo, jednak metabolizm nie pozwalał mi na schudnięcie. Zresztą, po następnej chorobie o takiej wadze mogłem już tylko pomarzyć. Tym razem nadwyrężyłem sobie ścięgna na siłowni, a przy badaniu lekarskim znaleziono też małą przepuklinę i w efekcie zakazano mi dźwigania sztangi. Pamiętam jak takie dwa chucherka wiozły mnie na stole na salę operacyjną. „Ale Pan ciężki, coś strasznego”, dworowały sobie dziewczyny ze mnie całą drogę na parter. A ja się śmiałem, bo już mnie rozbrajał rozweselający „głupi Jaś”, a one wciąż drwiły. Po zabiegu „Jaś” przestał działać, a mnie zostały głupie wspomnienia tamtej sceny i wisząca nade mną groźba podobnego zabiegu z drugiej strony pachwiny, przed którą przestrzegali mnie i lekarze i sąsiedzi z sali szpitalnej. Teraz te dziewczyny we dwie by mnie już chyba nie uwiozły, bo po zabiegu przy zaleconym braku ćwiczeń i rozregulowaniu równowagi metabolicznej waga wzrosła za półtorej roku o kolejne kilogramy. Rok temu w maju tuż przed 40 tymi urodzinami sięgnęła 132 kilo. Cóż BMI przekroczyło 40-tkę jeszcze prędzej, a ponoć najbardziej tyje się po 40-tce…

Trochę wziąłem się za siebie w końcu dużo ruchu w upalne lato, pozwoliło schudnąć 10 kilo i na razie pomiędzy 120 i 125 tak krążę. Na portalu dla odchudzających w czasie mej rekordowej wagi namawiano mnie aby iść po skierowanie na zabieg odchudzający – opaska albo zmniejszenie żołądka – refundowane dla osób ze wskaźnikiem powyżej 40 BMI. Póki spadło mi poniżej tej liczby łudzę się, że nie będzie konieczny, ale czy mam rację?

Jerzy Krawczyk, 41 lat, Opole