Mam 46 lat, 160 cm wzrostu i ważę 82 kg. "Odchudzam się" od zawsze. Wypróbowałam większość diet, zarówno tych rozsądnych, jak i głodówek, monodiet, proszków etc. Zaczynam uważać się za uzależnioną od suplementów, bo jest to mi potrzebne, żeby mieć świadomość, że coś dla siebie robię. Biegam, jeżdżę konno, chodzę na kurs tańca z mężem. Od ponad 1,5 roku jem racjonalnie - dieta zróżnicowana, do 1200kcal, ok. 4-5 razy dziennie. Jednak, po prostu nie chudnę.

Mimo, że nie jestem rażąco otyła, na co dzień spotykam się z różnymi symptomami nietolerancji i nierównego traktowania. Po pierwsze - zawsze, kiedy korzystam z porady specjalisty (dietetyk lub lekarz), spotykam się po prostu z ignorowaniem tego, co mówię. Traktowana jestem jak kłamca. Być może są osoby otyłe, które okłamują same siebie, ale większość z nas wie, ile je, co je. Ja prowadziłam nawet przez długi czas notatki. A i tak ZAWSZE jestem potraktowana, jak ktoś, kto po prostu za dużo je. Jeśli pacjent mówi, że nie pali - nikt tego nie podważa. Jeśli ja mówię, że nie jem słodyczy i wieprzowiny, a zielone warzywa są moim najlepszym smakołykiem, to i tak słyszę, że mam zmienić nawyki żywieniowe, nie jeść wieprzowiny i wprowadzić więcej warzyw.

Wierzy mi moja rodzina - dzieci i mąż, ponieważ widzą co i jak jem. Dlatego zwykle, kiedy mam gorszy dzień i narzekam na swoją bezsilność w odchudzaniu, radzą mi, żebym poszła do psychologa "odblokować się" (zaznaczam, że nie jest to presja z ich strony - po prostu widzą, że jest to mi potrzebne). Cóż - u psychologów i psychiatrów też jednak słyszę, że "może nie wiem i nie zdaję sobie sprawy ile jem". Czy my – grubi - wyglądamy na niepoczytalnych lub ograniczonych umysłowo? Rozumiem, że niektórzy cierpią na kompulsywne jedzenie, ale pewnie nie jest to większość, a na pewno nie wszyscy!

Wyniki badań mam rewelacyjne - cholesterol, morfologia, glukoza etc. - wszystko wskazuje na prowadzenie zdrowego, racjonalnego trybu życia. Ruszam się, więc nie mam cellulitu. A jednak zawsze słyszę od lekarzy, że mam zmienić dietę i zacząć się ruszać - bez żadnych przesłanek, poza obwodem w pasie. No właśnie - bo otyłość umiejscowiona jest tylko i wyłącznie w pasie. Stąd próby uzyskania porady, co takiego jest źle, że mam szczupłe nogi, biodra, nadgarstki, twarz - a nadbrzusze makabrycznie wielkie. Ale przy takim podejściu, że wszyscy z nas, to po prostu „obżartuchy”, nie mam szans na uzyskanie fachowej porady.

Mój mąż jest bardzo szczupły, jednak genetycznie odziedziczył bardzo wysoki cholesterol. Walczymy z nim wspólnie - sałatki z cykorii i grejfruta, kalarepa na chleb, zamiast wędliny, szczypiorek, szparagi, pomidory, soczewica - tak, jak sezon i apetyt pozwala. Mamy własny ogród. Cholesterol zbiliśmy do racjonalnego poziomu i wspólnie go pilnujemy (mąż jest po zawale). Ale ponieważ mąż jest bardzo szczupły - nigdy od lekarza nie usłyszał, że ma trzymać jakąś dietę. Dyscyplina cholesterolowa, to moja inicjatywa po męża zawale. Dzięki temu zminimalizowaliśmy dawkę leków.

Dzisiaj odebrałam wyniki krwi mojej najmłodszej córki (12 lat; mam jeszcze córkę 24 lata i syna 22 lata). Badania robiliśmy, żeby uzyskać zgodę lekarza sportowego na start w Mistrzostwach Europy w karate (córka rusza się - 4 razy w tygodniu chodzi na karate, a w wolnych chwilach spaceruje na długich trasach z nami i psami, jeździ sporadycznie konno i spędza mnóstwo czasu na rowerze). I tutaj duża niespodzianka - przekroczenie normy cholesterolu, w tym szczególnie frakcji LDL. Córka jest szczupła i sprawna, ale boję się, że (tak jak starsza) w okresie dojrzewania zacznie mocno tyć - bez powodu.

Co mnie przeraża? Jestem pewna, że lekarz zaleci nam więcej ruchu dla dziecka i dietę. Nie wysłucha, że córka nie jest fanem słodyczy, że owoce są jej ulubionym jedzeniem od najmłodszych lat. (Od dziecka rodzina mówi na nią "Śliweczka", bo reaguje entuzjazmem na każdy owoc, a chipsów i coli w naszym domu po prostu się nie kupuje. Nawet chleb piekę sama na zakwasie). Lekarz popatrzy na mnie i będzie już WIEDZIAŁ, że w tej rodzinie z pewnością się źle je.

Jeśli jest jakaś szansa, że Rzecznik Chorych na Otyłość zacznie edukację - zarówno wśród społeczeństwa, ale przede wszystkim wśród fachowców, takich jak lekarze, psychologowie, dietetycy, to byłoby super.  Może, poza akcją edukacyjną, prowadzilibyście rzetelną listę fachowców, którzy naprawdę chcą pomóc, którzy nie traktują nas, jak "zaniedbane, zapuszczone, bezrozumne worki z sadłem".

Izabela, 46 lat (miejscowość nie znana)